Strach ucieleśniony – Bessel van der Kolk

38,50 

Brak w magazynie

Opis

Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy – Bessel van der Kolk

  • Wymiary: 150×225
  • Liczba stron: 496
  • ISBN: 978-83-8015-800-9
  • Wydawnictwo: Czarna Owca

NAJWAŻNIEJSZA KSIĄŻKA O TRAUMIE I TERAPII TRAUMY!

Książka Bessela van der Kolka jest pozycją szczególną. Stanowi kompendium współczesnej wiedzy na temat traumy, będąc jednocześnie głęboko osobistą, pełną pasji opowieścią o szukaniu dróg pomocy ludziom cierpiącym z powodu traumatycznych przeżyć.

Autor – wybitny psychiatra, badacz i klinicysta – zaprasza do zrozumienia traumy i odkrywania kolejnych metod wyzwalania z jej uścisku.

Śledzimy zawiłości diagnozy i odkrycia neuronauki. Przypatrujemy się sesjom terapeutycznym i pracy badawczej.

Mimo poruszonych tu wstrząsających historii książka pozostawia głęboko humanistyczne, pełne optymizmu przesłanie: niezależnie od tego, w jak okrutne okoliczności rzuci nas życie, możemy zmobilizować w sobie siły nie tylko do przetrwania, ale także do uleczenia ze skutków przytłaczających doświadczeń.

Otwartość na osiągnięcia nauki i prawdę doświadczenia, a także ogromne społeczne zaangażowanie Autora, czynią jego dzieło fascynującym poznawczo i niezwykle użytecznym dla praktyki terapeutycznej.

Pozycja dla profesjonalistów pracujących z traumą, dla tych z nas, którzy doświadczyli jej we własnym życiu, i dla wszystkich, którzy pragną zrozumieć drugiego człowieka.

***

Bessel van der Kolk (ur. 1943) holenderski psychiatra , autor i pedagog. Od lat 70. jego badania dotyczą stresu pourazowego. Van der Kolk jest profesorem psychiatrii w Boston University School of Medicine i prezesem Trauma Research Foundation w Brookline, Massachusetts.

Fragment

Prolog

Mierząc się z traumą

Prolog: Mierząc się z traumą

Nie trzeba być żołnierzem na pierwszej linii ani uchodźcą w obozach Syrii czy Kongo, żeby doświadczyć traumy. Trauma przydarza się nam, naszym przyjaciołom, naszym krewnym i sąsiadom. Badania prowadzone przez amerykańskie CDC (Centers for Disease Control and Prevention – Centra Kontroli i Prewencji Chorób) wskazują, że jeden na pięciu Amerykanów był w dzieciństwie molestowany seksualnie, jeden na czterech – bity przez rodziców tak, że zostawały mu na ciele siniaki, a przemoc fizyczna to stały element życia co trzeciej pary. Jedna czwarta z nas dorastała w rodzinach, w których jakiś kuzyn był alkoholikiem, a jeden na ośmiu widział na własne oczy, jak bito jego matkę1.

My, ludzie, jesteśmy gatunkiem niezwykle odpornym. Od niepamiętnych czasów odradzaliśmy się z bezlitosnych wojen, niezliczonych katastrof (zarówno naturalnych, jak i wywołanych przez człowieka), nie licząc codziennych gwałtów i zdrad. Ale traumatyczne doświadczenia zostawiają ślad, czy to na wielką skalę (w naszej historii i kulturze), czy też w naszym własnym ogródku – odciskają piętno na naszych rodzinach, a mroczne sekrety niepostrzeżenie przechodzą z pokolenia na pokolenie. Ślady zostają też w naszych umysłach, zmieniają nasze emocje, wpływają na zdolność do odczuwania radości i wchodzenia w relacje intymne, a nawet na biologię i układ odpornościowy.

Trauma dotyka nie tylko tych, którzy jej bezpośrednio doświadczyli, ale i wszystkich wokół. Żołnierze wracający z walk do domów mogą przerażać swoje rodziny wybuchami gniewu i emocjonalną nieobecnością. Żony mężczyzn cierpiących na stres pourazowy (PTSD – Posttraumatic Stress Disorder) zwykle wpadają w depresję, a dzieci matek z depresją częściej wzrastają w atmosferze niepewności i niepokoju. Warto podkreślić, że wiele osób, które w dzieciństwie były dotknięte przemocą domową, ma trudności w nawiązaniu trwałych, opartych na zaufaniu relacji.

Trauma to z definicji coś nie do zniesienia i nie do zaakceptowania. Większość ofiar gwałtu, żołnierzy frontowych i molestowanych dzieci, nie jest w stanie myśleć o traumatycznych doświadczeniach, stara się wyprzeć je ze świadomości i żyć dalej, zachowując się tak, jakby to się nigdy nie stało. Tyle że „normalne” funkcjonowanie dla kogoś, kto nosi w sobie pamięć takiego horroru i wstyd wynikający z totalnej bezsilności i bezbronności, wymaga wydatkowania niewiarygodnej ilości energii. Każdy chciałby na zawsze zostawić traumę za sobą, ale odpowiedzialna za przetrwanie część naszego mózgu nie jest zbyt skuteczna w blokowaniu dostępu do przerażających wspomnień. Bywa, że nawet po wielu latach wystarczy cień zagrożenia, by wszystko wróciło, a uszkodzone niegdyś obwody w mózgu zaczęły ponownie wydzielać ogromne ilości hormonów stresu. Stają się one źródłem negatywnych emocji, silnych reakcji fizycznych oraz impulsywnych i agresywnych zachowań. Takie postraumatyczne reakcje wydają się niezrozumiałe, a jednocześnie są nie do opanowania. Ludzie, którzy przeżyli traumę, często czują, że zupełnie nie mają nad nimi kontroli, i zaczynają się bać, że nigdy się od nich nie uwolnią.

Pamiętam pierwsze doświadczenie, które pchnęło mnie na medycynę: to letni obóz, na którym byłem jako czternastolatek. Mój kuzyn Michał przez całą noc nie dał mi spać, wyjaśniając skomplikowane mechanizmy pracy nerek. Opowiadał, jak wydalają z organizmu wszystkie ścieki, a potem odzyskują związki chemiczne, niezbędne, żeby utrzymać organizm w równowadze. Jego opowieści o funkcjonowaniu ciała naprawdę mnie zadziwiły. Długo potem, na każdym etapie mojej medycznej edukacji, czy to na chirurgii, czy na pediatrii albo kardiologii, oczywistym było dla mnie, że kluczem do wyleczenia pacjenta jest zrozumienie zasad działania ludzkiego organizmu. Dopiero kiedy zacząłem staż na psychiatrii, dostrzegłem, jak ogromna jest przepaść między nieprawdopodobną złożonością umysłu, mnogością interakcji i powiązań między ludźmi a tym, jak mało psychiatrzy wiedzą o przyczynach problemów, które leczą. Czy kiedykolwiek będziemy wiedzieć o mózgach, umysłach i miłości tyle, ile wiemy o innych układach tworzących nasz organizm?

Wciąż dzielą nas lata od osiągnięcia takiego poziomu zrozumienia, ale dzięki trzem całkiem nowym dziedzinom nauki mamy do czynienia ze swoistą eksplozją wiedzy na temat skutków traumy. Te nowe dyscypliny to neuronauka, czyli badania tego, w jaki sposób w mózgu zachodzą procesy myślowe; psychopatologia rozwojowa, czyli badania wpływu przykrych doświadczeń na rozwój mózgu i umysłu; i wreszcie neurobiologia interpersonalna – badająca, w jaki sposób nasze zachowania wpływają na emocje, fizjologię i stan umysłu ludzi wokół nas.

Wyniki prac prowadzonych w ramach tych dyscyplin ujawniły, że wskutek traumy dochodzi do rzeczywistych, fizjologicznych zmian, w tym do rekalibracji układu ostrzegawczego mózgu, wzrostu aktywności hormonów stresu i zmian w układzie odsiewającym informacje istotne od nieistotnych. Wiemy, że trauma uszkadza obszar, który przekazuje fizyczne, głęboko wdrukowane odczucie, że jesteśmy żywi. Zmiany wyjaśniają, dlaczego osoby po przebytej traumie stają się nadmiernie wyczulone na zagrożenia kosztem spontanicznego zaangażowania w codzienne aktywności. Pomagają też zrozumieć, dlaczego straumatyzowane osoby tak często powtarzają te same zachowania i tak trudno im uczyć się na błędach. Wiemy dziś, że ich postępowanie to nie skutek moralnego upadku, oznaka braku silnej woli czy efekt złego charakteru – to wynik rzeczywistych, fizjologicznych zmian, jakie zaszły w przeszłości w ich mózgu.

Ogromny przyrost wiedzy o podstawowych procesach leżących u źródeł traumy otworzył też nowe możliwości łagodzenia, a nawet odwracania skutków zaistniałych uszkodzeń. Potrafimy dziś tworzyć metody i wykorzystywać w praktyce naturalną plastyczność ludzkiego mózgu, żeby pomagać osobom z doświadczeniem traumy zakotwiczyć się w teraźniejszości, pozwolić im odczuć, że żyją tu i teraz, i dać możliwość pójścia naprzód. Prowadzą do tego trzy drogi: 1) odgórna, polegająca na rozmowie, nawiązaniu lub odbudowie więzi z innymi oraz poznaniu i zrozumieniu, co dzieje się z nami, gdy „przerabiamy” w sobie wspomnienia traumatycznych przeżyć; 2) medyczna, w której dzięki lekom blokujemy nieprawidłowe reakcje alarmowe lub wykorzystujemy inne techniki zmieniające sposób zorganizowania informacji w mózgu; i wreszcie 3) oddolna: poprzez doświadczanie uczuć przeciwnych do niezwykle silnie, do głębi odczuwanych niemocy, wściekłości czy bezradności, spowodowanych traumą. Która z tych dróg jest najlepsza dla konkretnego człowieka, to już kwestia do sprawdzenia. Większość osób, z którymi pracowałem, wymagała ich łączenia.

To właśnie było treścią mej pracy. W moich wysiłkach pomagali mi koledzy i studenci z Ośrodka Traumy, który założyłem trzydzieści lat temu. Wspólnie leczyliśmy tysiące pacjentów, zarówno dzieci, jak i dorosłych: ofiary molestowania, klęsk żywiołowych, wojen, wypadków drogowych i handlu ludźmi; osoby, które doświadczyły agresji ze strony obcych i ze strony najbliższych. Od początku działalności szczegółowo omawialiśmy wszystkich naszych pacjentów na cotygodniowych spotkaniach zespołu terapeutycznego i dokładnie kontrolowaliśmy, jak skuteczne są dla każdego z nich poszczególne formy terapii. Naszym podstawowym celem była zawsze pomoc zgłaszającym się do nas dzieciom i dorosłym, ale od początku zaangażowaliśmy się również w badania nad skutkami traumatycznego stresu w różnych populacjach i nad określeniem, jakie rodzaje terapii są najlepsze w konkretnych przypadkach. Otrzymywaliśmy wsparcie finansowe z National Institute of Mental Health (Narodowego Centrum Zdrowia Psychicznego), National Center for Complementary and Alternative Medicine (Narodowego Centrum Medycyny Komplementarnej i Alternatywnej), Centers for Disease Control (Centrów Kontroli Chorób) oraz z szeregu prywatnych fundacji. Dzięki temu mogliśmy badać skuteczność rozmaitych postaci leczenia, od farmakoterapii, przez rozmowy, jogę, EMDR, po teatr i neurofeedback.

Problem brzmi: Jak ludzie mogą odzyskać kontrolę nad pozostałościami traumy i ponownie stać się panami swojego życia? Rozmowy, zrozumienie procesu i związki międzyludzkie są wielką pomocą, a leki mogą stłumić nadaktywne układy alarmowe. Widzimy jednak także, że przetrwałe z przeszłych doświadczeń szlaki neuronowe można przekształcać poprzez fizyczne doświadczenia bezpośrednio zaprzeczające bezsilności, wściekłości i załamaniu, które stanowią część reakcji na traumę, i w ten sposób odzyskiwać kontrolę nad sobą i życiem. Ja sam nie mam jakiejś ulubionej terapii, bo uważam, że nie ma takiej, która byłaby idealna dla wszystkich. W swojej pracy wykorzystuję wszystkie, które omawiam w tej książce. Każda z nich może wywołać głębokie zmiany. Zależy to od natury konkretnego problemu i od samego pacjenta.

Napisałem tę książkę, żeby stała się przewodnikiem i zaproszeniem do konfrontacji z traumatyczną rzeczywistością, żebyśmy zgłębiali wiedzę o tym, jak najlepiej z traumą sobie radzić, i żebyśmy – jako społeczeństwo – angażowali się w to, by wykorzystywać wszelkie posiadane środki, jakimi można jej zapobiegać.

Część pierwsza

Odkrywanie traumy na nowo

Rozdział 1

Lekcja od weteranów z Wietnamu

Stałem się tym, kim jestem dziś, w wieku lat dwunastu, pewnego mroźnego i pochmurnego, zimowego dnia 1975 roku. […] To było dawno, ale to, co mówią o przeszłości, to nieprawda. […] Gdy dziś patrzę wstecz, zdaję sobie sprawę, że spoglądałem w tę opuszczoną alejkę przez ostatnie dwadzieścia sześć lat.

Khaled Hosseini, The Kite Runner

Życie niektórych osób wydaje się płynąć niczym strumień narracji; moje ma wiele końców i początków. To właśnie robi z tobą trauma. Przerywa wątek. […] Zdarza się, a potem życie toczy się dalej. Nikt cię na to nie przygotuje.

Jessica Stern, Denial: A Memoir of Terror

Wtorek po świątecznym weekendzie 4 lipca2 1978 roku był moim pierwszym dniem pracy w bostońskiej klinice Administracji ds. Weteranów (Veterans Administration – VA), gdzie byłem zatrudniony jako psychiatra. Właśnie wieszałem na ścianie swego gabinetu reprodukcję ulubionego obrazu Breugla Ślepcy prowadzący ślepców, gdy usłyszałem hałas w recepcji, na końcu korytarza. Chwilę później w drzwiach stanął wielki, kudłaty chłop w poplamionym, trzyczęściowym garniturze, z egzemplarzem magazynu „Soldier of Fortune” pod pachą. Był tak wzburzony i tak skacowany, że zastanawiałem się, jak mógłbym mu pomóc. Poprosiłem, żeby usiadł i sam powiedział, co mogę dla niego zrobić.

Na imię miał Tom i dziesięć lat wcześniej służył w Wietnamie jako marines. Ten weekend, zamiast z rodziną, spędził, ukrywając się w swoim bostońskim biurze, pijąc na umór i oglądając stare zdjęcia. Z doświadczeń poprzednich lat wiedział, że hałas, sztuczne ognie, upał i piknik w ogrodzie siostry, w otoczeniu okrytych bujnym, wczesnoletnim listowiem drzew – czyli wszystko, co przypominało mu o Wietnamie – doprowadzi go do szału. A gdy się denerwował, nie chciał być z rodziną, bo bał się, że znów zacznie zachowywać się jak zwierzę w stosunku do żony i dwójki małych synów. Hałas, jaki robią dzieci, drażnił go do tego stopnia, że musiał uciekać z domu, by ich nie skrzywdzić. Uspokajało go wyłącznie zalanie się w trupa albo nierozsądnie szybka jazda harleyem. Noc nie przynosiła ukojenia – ze snu budziły go koszmary o zasadzkach na ryżowych polach Wietnamu, gdzie zginęli lub zostali ranni wszyscy z jego plutonu. Nękały go też przerażające wspomnienia martwych wietnamskich dzieci. Koszmary były tak żywe, że bał się zasypiać i często spędzał większość nocy, pijąc. Rankiem żona zastawała go nieprzytomnego na kanapie i razem z chłopcami musiała chodzić na paluszkach, szykując dzieciakom śniadanie i przygotowując je do szkoły.

Opowiedziawszy mi to wszystko, Tom dodał, że skończył liceum w 1965 roku jako prymus. Zgodnie z rodzinną tradycją niemal natychmiast zaciągnął się do marines. Jego ojciec służył pod generałem Pattonem w II wojnie światowej, a Tom nigdy nie buntował się przeciw ojcowskim oczekiwaniom. Wysportowany, inteligentny, oczywisty przywódca. Po zakończeniu podstawowego szkolenia czuł się silny i skuteczny, czuł, że jest członkiem zespołu gotowego na wszystko. W Wietnamie szybko został dowódcą plutonu i miał pod swoją komendą ośmiu żołnierzy. Przeżycie pod ogniem karabinów maszynowych, w błocie i upale może dać ludziom poczucie, że oni i ich towarzysze są dobrzy w tym, co robią. Po zakończeniu służby Tom przeszedł w stan spoczynku i jedyne, o czym marzył, to zostawić Wietnam za sobą. Na pozór to właśnie zrobił. Skończył college, a potem studia prawnicze, ożenił się ze swoją szkolną miłością i miał dwóch synów. Niepokoiło go jednak, jak trudno było mu wykrzesać choćby iskierkę prawdziwego uczucia dla żony, mimo że to jej listy pomogły mu przetrwać w dżungli i nie zwariować. Starał się odgrywać sceny z normalnego życia, mając nadzieję, że przez to udawanie zdoła ponownie odnaleźć dawnego siebie. Gdy do mnie trafił, miał świetnie prosperującą kancelarię i podręcznikowo wspaniałą rodzinę. Mimo to czuł, że nie jest normalny; w środku był martwy.

Choć Tom był pierwszym weteranem, jakiego spotkałem w swoim zawodowym życiu, wiele elementów jego historii nie było mi obcych. Dorastałem w powojennej Holandii, bawiąc się w zbombardowanych budynkach, jako syn człowieka, którego internowano za to, że był otwartym przeciwnikiem nazistów. Mój ojciec nigdy nie mówił o swoich wojennych przeżyciach, ale niekiedy wybuchał bez powodu niepohamowanym gniewem, co wprawiało mnie w osłupienie. Nie rozumiałem, jak człowiek, który codziennie rano, gdy reszta rodziny jeszcze spała, cicho schodził po schodach, by modlić się i studiować Biblię, mógł mieć takie napady wściekłości. Jak ktoś, kto całe życie poświęcił zaprowadzaniu społecznej sprawiedliwości, mógł być tak przepełniony gniewem? Takie same zadziwiające wybuchy miał mój wujek, którego Japończycy wzięli do niewoli w holenderskich Indiach Wschodnich (obecnej Indonezji) i wysłali do przymusowej pracy w Birmie, gdzie budował słynny most na rzece Kwai. On też rzadko wspominał wojnę i często wybuchał niepohamowanym gniewem.

Gdy słuchałem Toma, zastanawiałem się, czy mój ojciec i mój wujek również miewali koszmary i nawracające wspomnienia; czy także czuli zupełny brak łączności z bliskimi i czy też nie potrafili znaleźć w życiu żadnej prawdziwej przyjemności. Gdzieś z tyłu głowy musiały także kołatać się wspomnienia mojej przerażonej, a często i przerażającej matki, która – bywało – napomykała czasem o traumatycznych wspomnieniach z dzieciństwa, a niekiedy, jak teraz sądzę, ponownie odgrywała tamte przeżycia. Miała denerwujący nawyk: gdy tylko pytałem ją, jak wyglądało jej życie, kiedy była małą dziewczynką, zaraz mdlała, a potem oskarżała mnie, że to przeze mnie się tak zdenerwowała.

Zachęcony tym, że najwyraźniej uważnie go słuchałem, Tom rozgościł się w gabinecie, żeby opowiedzieć mi, jak bardzo czuł się przerażony i zagubiony. Bał się, że staje się coraz bardziej jak jego ojciec, który zawsze był zły i rzadko rozmawiał ze swoimi dziećmi, chyba tylko, żeby w niepochlebny sposób porównywać je z towarzyszami broni, którzy zginęli podczas bitwy o Ardeny, w okolicach świąt Bożego Narodzenia 1944 roku.

Gdy sesja zbliżała się ku końcowi, zrobiłem to, co zwykle robią lekarze: skupiłem się na tej części historii Toma, którą – jak mi się wydawało – najlepiej rozumiałem – na jego koszmarach. W studenckich czasach pracowałem w laboratorium snu, obserwując u badanych cykle snu i marzeń sennych i miałem swój udział w kilku artykułach o koszmarach. Uczestniczyłem też we wczesnych fazach badań nad korzystnymi efektami środków psychoaktywnych, które pojawiały się na rynku w latach siedemdziesiątych. Choć więc nie miałem dobrego pojęcia o całości problemów Toma, koszmary były tym, do czego mogłem się odnieść, a jako entuzjastyczny zwolennik lepszego życia dzięki farmakologii, przepisałem mu lek, o którym wiedziałem, że skutecznie obniża częstość i nasilenie koszmarów sennych. Kontrolną wizytę wyznaczyłem pacjentowi po dwóch tygodniach.

Gdy pojawił się w wyznaczonym terminie, od razu spytałem, jak zadziałały pigułki. Powiedział mi, że żadnej nie wziął. Starając się ukryć irytację, spytałem – dlaczego? „Uświadomiłem sobie, że gdybym wziął te tabletki i pozbył się koszmarów – odpowiedział mi – to byłoby tak, jakbym opuścił przyjaciół, jakby ich śmierć poszła na darmo. Muszę być żywym wspomnieniem wszystkich towarzyszy, którzy polegli w Wietnamie”.

Totalnie mnie zatkało. Lojalność Toma wobec zmarłych uniemożliwiała mu życie własnym życiem, tak samo jak wiele lat wcześniej było z oddaniem jego ojca wobec towarzyszy broni. Wojenne doświadczenia zarówno ojca, jak i syna sprawiły, że reszta ich życia przestała być ważna. Jak to się stało i czy można z tym coś zrobić? Tamtego poranka uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie resztę swojego zawodowego życia spędzę, starając się odkryć tajemnice traumy. W jaki sposób przerażające doświadczenia sprawiają, że ludzie pozostają zamknięci w przeszłości bez żadnej nadziei na uwolnienie? Co dzieje się w umysłach i mózgach, że pozostają – niczym zamrożone w czasie – w punkcie, z którego tak desperacko pragnęłyby uciec? Dlaczego dla mojego pacjenta wojna nie skończyła się w lutym 1969 roku, gdy po długim locie z Da Nang wpadł w ramiona stęsknionych rodziców ściskających go na lotnisku w Bostonie?

Potrzeba Toma, żeby być żywym pomnikiem zmarłych towarzyszy, nauczyła mnie, że jego zaburzenie to o wiele więcej niż tylko traumatyczne wspomnienia, brak chemicznej równowagi w mózgu czy zmiana w obwodach przekazujących uczucie strachu. Przed zasadzką na polu ryżowym Tom był oddanym i lojalnym przyjacielem, który cieszył się życiem, miał wiele zainteresowań i radości. Wystarczył jeden przerażający moment, żeby trauma wszystko zmieniła.

W trakcie mojej praktyki w VA poznałem wielu mężczyzn, którzy reagowali podobnie. Nawet w obliczu niegroźnych przeciwności nasi weterani wpadali w niedającą się opanować wściekłość. Dostępne dla wszystkich części kliniki były pełne śladów ich pięści odciśniętych w tynku, zaś ochrona miała pełne ręce roboty, chroniąc pracowników recepcji i likwidatorów szkód przed wściekłymi weteranami. Ich zachowania przerażały nas, rzecz jasna, ale mnie także ciekawiły. W domu z żoną ciągle mieliśmy do czynienia z podobnymi problemami u naszych kilkulatków, które regularnie wpadały we wściekłość, gdy kazaliśmy im jeść szpinak albo zakładać ciepłe skarpetki. Dlaczego zatem wykazywałem tak totalnie niezmącony spokój wobec niedojrzałych zachowań moich dzieciaków, a tak bardzo martwiło mnie to, co działo się z weteranami (abstrahując od skali – byli żołnierze mogli narobić o wiele więcej szkód niż moje domowe krasnale)? Zapewne było tak dlatego, że głęboko wierzyłem, iż przy właściwym wychowaniu moje dzieci stopniowo nauczą się radzić sobie z uczuciem frustracji i rozczarowania, nie byłem zaś równie przekonany, czy zdołam pomóc „moim” weteranom ponownie osiągnąć samokontrolę, którą utracili przez wojnę.

Niestety, nic z mojego psychiatrycznego szkolenia nie przygotowało mnie do radzenia sobie z takimi wyzwaniami jak praca z Tomem i innymi weteranami. Poszedłem więc do biblioteki medycznej poszukać książek o nerwicach wojennych, nerwicy frontowej, wyczerpaniu bojowym, szukałem wszelkich terminów medycznych lub diagnoz, które mogłyby rzucić nieco światła na stan moich pacjentów. Ku memu zdumieniu w bibliotece VA nie było ani jednej książki na temat któregokolwiek z tych zaburzeń. Pięć lat po tym, jak ostatni amerykański żołnierz opuścił Wietnam, kwestia traumy wojennej nikogo nie obchodziła. Wreszcie w bibliotece Countway na Harvard Medical School odkryłem The Traumatic Neuroses of War („Traumatyczne nerwice wojenne”), opublikowaną w 1941 roku przez psychiatrę Abrama Kardinera. Były w niej obserwacje weteranów I wojny światowej, zaś wydano ją w przeświadczeniu, że II wojna światowa przyniesie prawdziwą powódź ofiar frontowej nerwicy3.

Kardiner opisał te same zjawiska, które i ja widziałem: po wojnie jego pacjentów ogarniało poczucie beznadziei; stawali się wycofani i wyobcowani, nawet jeśli wcześniej szło im całkiem nieźle. To, co Kardiner nazwał „nerwicą posttraumatyczną”, my dziś nazywamy zespołem stresu pourazowego – PTSD.

Kardiner zauważył, że u osób cierpiących na nerwicę posttraumatyczną rozwijają się nadmierna przezorność i wyczulenie na zagrożenia. Szczególnie utkwiło mi w pamięci jego podsumowanie: „Jądrem nerwicy jest nerwica somatyczna”4. Innymi słowy, stres pourazowy nie jest „tylko w głowie”, jak sądzi wielu, ale ma podłoże fizjologiczne. Kardiner rozumiał nawet to, że źródłem objawów jest reakcja całego organizmu na pierwotny uraz. Jego opis potwierdzał moje obserwacje, co mnie podbudowywało, ale nie dawało zbyt wielu wskazówek, jak pomóc weteranom.

Brak literatury nie pomagał, ale mój wielki nauczyciel Elvin Semrad wpoił nam sceptyczność wobec podręczników. Mawiał, że mamy tylko jeden prawdziwy podręcznik – pacjentów. Powinniśmy ufać jedynie temu, czego nauczyliśmy się od nich – i z naszej własnej praktyki. Wydaje się to takie proste, ale gdy Semrad kazał nam polegać tylko na własnej wiedzy, ostrzegał nas też, jak trudny jest to proces. Ludzie są bowiem ekspertami od pobożnych życzeń i zafałszowywania prawdy. Pamiętam, jak mówił: „Głównym źródłem naszych cierpień jest to, czym sami się okłamujemy”. Pracując w VA szybko odkryłem, jak bolesne, zarówno dla pacjentów, jak i dla mnie samego, może być stawienie czoła rzeczywistości.

Tak naprawdę nikt z nas nie chce wiedzieć, przez co przechodzą żołnierze na polu walki. Nie chcemy wiedzieć, ile dzieci jest molestowanych i wykorzystywanych w naszych społecznościach ani ile par – a okazuje się, że niemal jedna trzecia – w jakimś momencie swojego związku zaczyna stosować przemoc. Chcemy myśleć o naszych rodzinach jak o bezpiecznej przystani w bezdusznym świecie, a o naszym kraju jak o miejscu zamieszkałym przez światłych, cywilizowanych ludzi. Wolimy wierzyć, że okrucieństwo to coś, co zdarza się gdzieś daleko stąd, w takich miejscach jak Darfur czy Kongo. Wystarczająco trudno jest być świadkiem czyjegoś bólu. Czy zatem trudno uwierzyć, że osoby doświadczone traumą nie potrafią poradzić sobie z pamięcią o niej i często uciekają w narkotyki, alkohol albo samookaleczanie, żeby zablokować tę niemożliwą do zniesienia wiedzę.

Tom i jego towarzysze weterani byli moimi pierwszymi nauczycielami, przewodnikami na drodze ku zrozumieniu, jak życie rozpada się pod wpływem przytłaczających doświadczeń i ku znalezieniu sposobu, żeby zaczęli na nowo cieszyć się pełnią życia.

Dodatkowe informacje

Stan

Nowy

ISBN

9788380158009

Tytuł

Strach ucieleśniony

Autor

Bessel Van Der Kolk

Okładka

miękka ze skrzydełkami

Rok wydania

2018

Wydawnictwo

Wydawnictwo Czarna Owca

Liczba stron

496

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o „Strach ucieleśniony – Bessel van der Kolk”

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *